Buty nieco zdarte

wiara i nadzieja

autor artbejo z Pixabay

Ania

fragment książki

Płakałam na grobie swojego dziecka. Staliśmy z mężem obok siebie. Czułam, że nie jestem sama, czułam że i jego to poruszyło... Córeczka Ania urodziła się martwa. Byłam w szóstym miesiącu ciąży. Kiedy tydzień wcześniej przyszłam na pogotowie, zrobiono mi USG z którego nie wynikało nic aż tak bardzo poważnego. Zgłosiłam się sama, ponieważ czułam, że coś nie jest w porządku. Oczywiście skierowano mnie na oddział, więc jednak doktor miał obawy o przebieg ciąży. Ja jednak zaprotestowałam, bałam sie zostawić starsze córki z mężem. Miały wtedy 4 i 5 lat. W mojej głowie wybrzmiał obraz moich dzieci trzymających w ręku nóż kuchenny, będących bez opieki i ich ojca gdzieś w nieokreślonej przestrzeni. Tak argumentowałam brak zgody na skierowanie do szpitala. Dostałam telefon od swojej cioci, która przyjechała z rodziną w nasze rejony i zapowiedziała się z wizytą. Prawie biegłam, żeby zdążyć na autobus, ponieważ mieszkaliśmy w oddalonej o 4 km wsi. Na szczęście spocona i zdyszana zdążyłam. W domu zrobiłam sobie herbatę i rozejrzałam się po obejściu, dałam córeczkom jakieś zajęcie i zaczęłam ogarniać mieszkanie, aby nie 20 wstydzić się przy gościach. Przy zamiataniu na kolanach nie miałam siły. Czułam się okropnie. Miałam tylko jeden komplet pościeli na zmianę, ale zdjęłam go kilka dni wcześniej i z powodu złego samopoczucia nie wyprałam od razu. Zabrałam się więc od razu do prania. Nie użyłam pralki, ponieważ była to Frania i musiałabym nosić wiadrami wodę do prania i płukania, a nie miałam na to siły. Uklękłam przy wanience i zaczęłam prać ręcznie. Była ładna, ciepła pogoda, był miesiąc letni, paliło słońce. Pościel szybko wyschła i pachniała wiatrem. Goście przyjechali i ugoszczeni poszli spać. Nazajutrz wrócili w drogę powrotną, a ja usiadłam i wróciły znowu obawy o dzieciątko w brzuszku. W tym samym czasie dowiedziałam się, że mąż zostanie także ojcem innego, nieślubnego dziecka. Te rozterki wraz z obawą o moje dziecko targały mną wewnętrznie. Następnego dnia złe samopoczucie nasiliło się i po konsultacji z mężem poszłam do cioci, która z zawodu była pielęgniarką, a która mieszkała w pobliżu w tej samej wsi, aby zmierzyła mi ciśnienie. Po zmierzeniu nie chciała powiedzieć mi jakie mam, ale kategorycznie poleciła udać się do szpitala. W końcu umęczona ostatnimi dniami, zrezygnowana odpuściłam, czułam się niemal jak wrak człowieka. Właściwie było mi wszystko jedno, oby tylko siły wróciły. Pojechałam na pogotowie ....   

str. 19 

  • Instagram
  • Facebook

Buty nieco zdarte

Rok 2012

fragment książki

Narodziłam się na nowo w 2012 r. w dość drastycznych okolicznościach. Po 7 latach czynnego alkoholizmu, prośbach do Boga aby mnie nie karał za to co robię, bo wiedziałam że robię źle  i wielu próbach odstawienia piwa, które piłam codziennie po 6-9 sztuk. Byłam opuchnięta i roztrzęsiona. Odwracałam się podczas picia napojów i jedzenia od moich dzieci, ponieważ drżały mi ręce i cała dygotałam. Moje córki prosiły mnie z miłością o chwile uwagi, a dla mnie najważniejszy był alkohol. Kradłam z domu pieniądze ze skarbonki. Miałam problemy gastryczne i jelitowe. Moczyłam się. Wiedziałam, ze mam problem, a nie umiałam go rozwiązać.

Moje córki właśnie zdały maturę, obie jednocześnie, chociaż była miedzy nimi różnica wieku. Uczyły się w szkole na 3 i 4-letnich profilach, w rożnych klasach. Ja nie pracowałam, nie było pieniędzy,  wiec zachęcałam je, aby pojechały do Holandii na zbiory pączków Lilii. Po załatwieniu wszystkich formalności w wakacje wyjechały.

Zostałam w domu sama. Podjęłam decyzję, że będzie to czas pożegnania się z alkoholem i zakupiłam dość duże, pokaźne ilości piwa na zapas, aby się upić aż mi bokiem wyjdzie. Taki wybrałam sposób na porzucenie nałogu. Piłam kilka dni, piwa zabrakło i przyszedł moment apokalipsy. Kładłam się na brzuch , aby mi serce nie wyskoczyło, myślałam, ze nie wytrzymam. Dużo leżałam, modliłam się i uspokajałam. I w ogóle nie spałam... jeden dzień, drugi, trzeci... Z dnia na dzień było gorzej, chociaż już nie piłam. Czekałam, kiedy to przejdzie. Gdzieś za oknem grała muzyka, która koiła moje serce i ciało. Była tak piękna, jakby nie pochodziła z ziemi, nigdy wcześniej ani później tak pięknej muzyki nie słyszałam.  Nie zaniepokoiłam się, że grała coraz głośniej. I że nie mogłam zlokalizować jej źródła. 

I dalej nie spałam... Wiele osób mówi, że nie może spać, jednak ten brak snu był inny,  ja nie spałam w ogóle, ani minuty. Przestałam odbierać telefon, i otwierać drzwi gdy ktoś pukał, bo czułam, że umrę, bałam się emocji, które rozszalały się w moim ciele.  Próbował dodzwonić się do mnie kolega , niezmordowanie i natarczywie. Odebrałam telefon i zgodziłam się na jego propozycję, abyśmy wypili razem kawę u mnie w domu. Kolega był abstynentem. Przyszedł, ja nic mu nie powiedziałam, że nie piję od kilku dni, a on nie pytał. Postanowiliśmy razem spędzić noc. W nocy patrzyłam na przytulone do mnie ciało i słuchałam myśli, które mówiły mi jak bardzo fałszywy jest człowiek obok mnie i jego rodzina. Słyszałam w mojej głowie niestworzone rzeczy , które podobno mi i moim córkom zrobili. W mojej głowie wyrosły kły, nie było miejsca na modlitwę... I nadal nie spałam... już 5 dzień.

str.  7      

  • Instagram
  • Facebook
Buty nieco zdarte okł tył.jpg
pisanie_edited.jpg

POCZĄTKI SCHIZOFRENII

fragment ksiązki

Po Terapii nadal pozostawałam w kontakcie z moją terapeutką, psycholog p. Justyną, za co jestem jej bardzo wdzięczna, ponieważ zgodziła się prowadzić mnie dalej, chociaż myślę, że zrobiła to tylko z sobie wiadomych powodów. Spotkałam wartościowych ludzi na Terapii, ale nie byłam jeszcze gotowa przyjąć przyjaźni, i nie poprosiłam o żaden numer telefonu do kogokolwiek. Teraz wspominam wielu ludzi, ale z nikim z tamtego okresu nie mam kontaktu oprócz Jarka, z którym kojarzyłam jakąś bratnią duszę, niestety pamiętałam zalecenia z Terapii które mówiły, żeby najpierw kupić sobie roślinkę, potem jakieś zwierzątko, dopiero potem jeśli one przeżyją, można myśleć o jakichś poważnych relacjach. Ja jeszcze tkwiłam w skorupce, która z jednej strony była moją osłoną, z drugiej jednak nie pozwalała na przyjęcie relacji międzyludzkich. 

 Mówi się o miesiącu miodowym w trzeźwieniu, jest to pierwszy etap po zaprzestaniu picia, ja też  cieszyłam się, że utraciłam przymus picia. Jednak nie jest to dane na zawsze, i nałóg alkoholowy to nie żarty, wiec wraca ze zdwojoną siłą i w moim przypadku wrócił, ale nie poprzez przymus picia, co nazywa się nawrotem czy głodem. Faza muru przygniotła mnie, siedziałam w domu i płakałam, uzyskałam skierowanie do psycholog po prostu płacząc w przychodni. P. Justyna zaobserwowała coś niepokojącego i przeprowadziła ze mną test, długi i szczegółowy. Po kilku dniach oznajmiła, że widzi objawy schizofrenii. Ta wiadomość bardzo mną wstrząsnęła, kiedy wracałam do domu po tej wiadomości musiałam uważać żeby nie wpaść pod samochód, bo zupełnie nie mogłam się skupić na ulicy. Zamiast ulicy widziałam strach.

Siedziałam w domu i w historii przeglądarki zaobserwowałam, że moje córki otwierają strony z informacjami o alkoholizmie i schizofrenii. One też oswajały się z ta informacją.

str.  68  

  • Instagram
  • Facebook
zamek.jpg

Zamek. Rok 2007

fragment ksiżaki

Po dwóch latach picia, w ukryciu i co wieczór po jednym, a potem po dwa – trzy piwa wyjechałam za granicę, do mojego brata Wiktora. Tam poznałam dwie osoby, które były z mojego miasta: Henia i Janka, którzy stali się moimi przyjaciółmi na ten okres pobytu. Najpierw znalazłam pracę w zamku jako opiekunka do dzieci i pokojówka. Pracodawcy, ludzie na stanowisku, byli dla mnie dobrzy. Zaprzyjaźniłam się z ich 6-letnim synkiem, z którym bawiłam się w Piratów z Karaibów. Nie znając języka obcego, zapisałam się do szkoły, aby opanować ich ojczysty język. W zamku było jeszcze dwoje kilkunastoletnich dzieci i babcia. Z reguły nie było konfliktów. Ja pomimo, że specjalnie dla mnie zakupili półlitrowe piwa Jupiter, starałam się nie pić za dużo. Za dużo to znaczy dla alkoholika tyle, aby nie wzbudzać podejrzenia otoczenia. Właściwie żyłam w ciągłym napięciu, bo wypijałam małe ilości i tylko tyle, abym mogła zasnąć. Stres spowodował, że schudłam 15 kg. Bywały momenty, że nie mogłam się powstrzymać i nie chcąc wypijać tego, co było dla mnie, powolutku opróżniałam ich zapasy ze spiżarni. Mieli tam barek. Potem, żeby nie rozpoznali znikającego alkoholu, z otrzymanej wypłaty kupowałam w sklepach takie same butelki wódki lub wina i uzupełniałam. Tak, manipulowałam i oszukiwałam. Piłam po kilka łyków dziennie alkoholu ze spiżarni i 1 – 2 piwa z garażu, które dla mnie zakupili. Raz, nie znając języka jeszcze za bardzo, ale już domyślając się z poszczególnych słów, o czym mówią ich dzieci, usłyszałam, że rozmawiają o tym, że ja lubię pić. Jednak rodzice nic mi nie powiedzieli. Zaczęłam, tak jakby za przyzwoleniem, pić więcej

str.  32 

  • Instagram
  • Facebook
zamek.jpg

Msza w szpitalu

fragment książki
Alexas_Fotos.jpg

W 2012 r. w szpitalu psychiatrycznym leżałam kilka tygodni. Tam wielbiłam Boga i nazywałam go ósmym cudem tego świata na co On mi odpowiedział: „Jestem Panem tego świata”. Potem od razu byłam na terapii uzależnień w Łukowie. Trwała ona siedem tygodni. Na samym początku przydzielano nas do specjalistów, którzy będą nas prowadzić przez proces oswajania się z naszym uzależnieniem i wypracowania radzenia sobie z emocjami. Mnie przydzielono do pani Justyny. Moi koledzy i koleżanki mówili, że to ostra terapeutka i będę mieć „przechlapane”. Ja się jednak ucieszyłam, ponieważ oczekiwałam, że coś mną wstrząśnie i wytrząśnie ten alkohol z mojego organizmu. Tak naprawdę jednak alkoholizm siedział już tylko w mojej głowie. Jakże ja się zdziwiłam, że był ze mną tak sprzęgnięty jakbym to ja sama była. Takie dwa w jednym. Pani Justyna towarzyszyła mi na nowej drodze, kiedy płakałam i buntowałam się, że wzbudzam litość w ludziach. Jednak to nie litość była tylko współczucie i ciekawość, a to duża różnica. Zanim jednak zaczęłam wchłaniać wiedzę postanowiłam pójść poprosić Boga o siłę i łaskę abym otworzyła się na terapii jak tylko było to możliwe. Poszłam z kilkoma osobami z terapii na Mszę Św. do szpitala w kaplicy. Na początku Mszy siedząca obok mnie kobieta zaczęła się rozglądać i przyglądać ludziom. Zwróciłam na to uwagę, ponieważ ja sama byłam bardzo skupiona na prośbie z jaką przyszłam. Rozbrzmiał śpiew wiernych I tyle pamiętam z przebiegu Mszy. Następną rzeczą jaką pamiętam było przyjęcie Pana Jezusa. Stanęłam przed księdzem i mimochodem zauważyłam, że dał mi opłatek z jakimś namaszczeniem, jakby ten właśnie Pan Jezus był przeznaczony tylko dla mnie. Ale po chwili pomyślałam, że tylko tak mi się wydaje. Jestem w kaplicy pełnej ludzi i jak ja biedna alkoholiczka mogę marzyć o tym, aby być wyjątkowa dla Boga. Dziś wiem, że tak samo wyjątkowo i na wyłączność jesteśmy dla Boga my wszyscy. On nas kocha szczególnie. Wracając do Mszy, na koniec ksiądz pobłogosławił wiernych i już nie miałam wątpliwości, że w skupieniu mi się przygląda. Po kilku dniach mój brat Mariusz ze współczuciem przyniósł mi potajemnie dwa piwa. - Aby ci ulżyło… – powiedział. Nie skorzystałam ze sposobności, podziękowałam i to był pierwszy raz kiedy byłam z siebie dumna. Potem kiedy opowiadałam o tym córkom wszystkie śmiałyśmy się... Bo pomimo powagi sytuacji teraz ja ze współczuciem patrzyłam 53 na brata.

Maryja, czuła różyczka. Lato 2019

...W domu, jak i wtedy w Częstochowie, nie mogłam wykrzesać z siebie żadnej myśli uwielbienia ani modlitwy. Cisza była ze mną. Pytałam Jezusa: - Cóż to oznacza?' Z ciszą żyłam kilka miesięcy. 8 grudnia 2019 roku, tego dnia w godzinie Łaski pomiędzy godziną 12 a 13 postanowiłam poświęcić ten czas Maryi. I znowu poczułam tę samą pustkę i ciszę… Z tej niemocy nie mogłam poprosić, aby chociaż jeden cierń z korony Jezusa za sprawą mojej choroby zdjąć. Miałam taką prośbę, takie pragnienie. Wobec tej niemocy, aby popaść w uwielbienie zaczęłam odmawiać różaniec. Odszukałam na 100 YouTube modlitwę różańcową, otworzyła mi się Część Chwalebna. Pomyślałam: - Dobrze… Chociaż przecież zbliżało się Boże Narodzenie, już za kilka tygodni. - Dobrze, odmówię tę część. Podczas odmawiania przyszła do mnie myśl straszna i niezrozumiała, którą jednak podchwyciłam i rozmyślałam. Była to myśl, że Maryi nie ma, nie istnieje i że niepotrzebne są modlitwy do Niej... Byłam bardzo zaskoczona tą myślą, chociaż wierciła ona się we mnie. A ksiądz, który prowadził różaniec właśnie mówił rozważania: ,,Nawet żaden dowód, żadne słowa na istnienie Maryi nie przekonają cię, że Maryja jest Królową Nieba i Ziemi.”. Zupełnie jakby mówił do mnie. Byłam zaskoczona, ponieważ nigdy nie wątpiłam w Maryję, zatem skąd ta myśl. Zaczęłam rozważać, że to moja choroba, moja chora głowa zaczyna mi dokuczać. Albo zły duch. Dwa dni wcześniej kolega Jacek powiedział mi wyciągając spod swetra medalik Maryi, że jego siostra kazała mu go zdjąć, bo Maryi nie ma. Te słowa w tej chwili zabrzmiały jeszcze ze zdwojoną siłą. Poczułam się niegodna i taka słaba. Uklękłam i próbowałam Maryi coś powiedzieć, ale zabrzmiało to tak prosto i sucho, że się zawstydziłam. Już rozumiem tych, którzy tracą wiarę, ja pomimo dobrych chęci pozwoliłam na 101 zasianie w moim sercu ziarenka niepokoju. Bardzo się martwiłam. Podzieliłam się z tym z bliskimi i na grupie na Fb. „Jestem Cudowna”. 15 grudnia 2019 r. Nie wiem czy to moja choroba spowodowała to, co czułam, czasem ciężko było mi odróżnić myśli i uczucia od choroby. Tego dnia miałam zadanie adwentowe z „Cudownej”, żeby odpocząć. Zatem przed uczestnictwem we Mszy Św. pozmywałam naczynia, wykąpałam się, aby być czystą i w godny sposób wziąć udział we Mszy. Odsłuchałam ją w domu, chciałam odpocząć od tłumu ludzi. Msza była z Jasnej Góry online na żywo. Porozmawiałam sobie z Maryją i zapewniłam o moim przekonaniu, że jest Królową i moją Panią, że nie wiem skąd w moim sercu ta drzazga tkwi. Doszłam do wniosku, że to jest właśnie ten jeden cierń, który chciałam zdjąć z korony Jezusa. Zaraz poczułam ogromny żal za tych ludzi, którzy nie wierzą w Maryję. Ten cierń bardzo mnie bolał. Któregoś razu przyśniło mi się, że szukam Maryi i błądzę w ciemności. Cały miesiąc cierpiałam, ale się modliłam. 1 stycznia 2020 r. Jest Święto Maryi Rodzicielki. Z rana jak co dzień modliłam się. Wtem przyszła do mnie 102 Mateńka. Nie widziałam Jej, tylko czułam. Była taka czuła, najczulsza, taka słodka jak różyczka. Popadłam w uwielbienie. Brakuje mi słów, aby określić jak w tej chwili się czułam. Zawstydziłam się wobec tej czułości i pomyślałam, że ja nie jestem taką czułą mamą dla swoich córek. Byłam wtedy u córki Ewy. Wieczorem Ewa powiedziała: - Mamo, jaka ty dzisiaj jesteś dla mnie czuła. Czerpałam z Maryi.

6 zmartwienie.jpg